Medytacja Obecności, Jestem

„Siariputro. Forma nie jest różna od pustki. Pustka nie jest różna od formy. Forma jest dokładnie pustką. Pustka jest dokładnie formą. Wrażenia, myśli, wola i świadomość są również takie.”

Sutra Serca

Non-attachment, let it go, non-duality

Trzy dosyć tajemnicze hasła współcześnie obecne w ezoteryce. Nieprzywiązywanie się. Puszczanie. Nie dualność. Powstaje o nich całkiem sporo artykułów czy to w duchu New Age czy psychologii rozwoju osobistego.

Oryginalnie, te idee te są głęboko osadzone w tradycji medytacyjnej różnych duchowych ścieżek. Np. też buddyjskiej. O nich mówi np. Sutra Serca, której polskie tłumaczenie można znaleźć np. tutaj:

https://mahajana.net/biblioteka/teksty/sutra-serca-po-polsku

A pięknego wykonania niezrównanej Tinny Tinh można wysłuchać np. tu:

Lektura i zastanawianie się filozoficzne nad tą najważniejszą sutrą buddyzmu samo z siebie może przynieść wiele zrozumienia i zmiany nastawienia do przejawów funkcjonowania tego co w buddyzmie nazywa się Umysłem czyli myśli, emocji, uczuć i doświadczeń zmysłowych.

Zrozumienie idei nieuwarunkowanej przywiązaniami oraz koniecznością reagowania na nieustanny strumień zjawisk Obecności, stanu umysłu Buddy to jednak nieco coś innego niż niekonceptualne doświadczenie czym toto jest. To drugie potrafi w oka mgnieniu zmienić nasze całe życie.

To drugie jest niejako podstawową intencją praktyki medytacji.

Zgodnie z doktryną buddyzmu, Gautama nauczał, że wszystkim co jest potrzebne to rozpoznania natury Umysłu jest choćby sam nasz oddech. Jego świadoma obserwacja.

Świadomość oddechu sama w sobie jest wielowymiarowym doznaniem. Najlepiej rozruszać tą świadomość, poznać jej różne aspekty np. za pomocą klasycznych jogicznych praktyk oddechowych które są prezentowane prosto i nowocześnie na tym kanale:

Regularne codzienne (10-15 minut) sesje tego typu dosyć sprawnie poszerzają naszą świadomość oddechu. Stanu bez oddechu. Wyciszenia.

Mędrcy zawsze mówili że oddech jest tym co łączy niematerialne i materialne.

Rozpoznanie Obecności, nieuwarunkowanej świadomości, bez identyfikacji z formą czy nie-formą pojawia się zazwyczaj spontanicznie. Nie jest to bowiem coś co osiągamy. To jest nasza natura zawsze. Po prostu nagle zdajemy sobie sprawę z tego oczywistego faktu Jestem. Wszelkie ćwiczenia ku temu są bardziej takim rozruszaniem duchowych mięśni, lekko skurcznych ciągłym trzymaniem się świata zewnętrznego, kierowaniem tam uwagi.

Jednym z ćwiczeń pozwalających rozpoznać nieprzywiązywanie się oraz puszczanie jest uświadomienie sobie faktu niekontrolowanej i niewymuszającej niczego obserwacji oddechu. Normalnie nasze ciało sobie oddycha, nie zwracamy na to uwagi. Gdy zwracamy to mamy poczucie potrzeby kontroli oddechu. Kierujemy nim. I tak też polecają podręczniki medytacji by odpowiednio oddech pogłębić, poczuć i go prowadzić. To tylko rozgrzewka jednak. Istotne jest rozpoznanie posiadanej przez nas umiejętności obserwacji oddechu bez kontroli tegoż oddechu. To jest esencja nie przywiązywania i puszczania. Gdy rozpoznamy to z oddechem, łatwo zastosować to do wszelkim przejawów Umysłu czyli też codziennego życia, pozostając nieustanie pokojem w oku sztormu zdarzeń wokół nas i w nas.

W tym oku cyklonu równie spontanicznie ujawnia się niedualna natura rzeczywistości. Niedualna czyli niepodzielona. Jedna. Taka jaka Jest. Poza formą i nie-formą. Przed myśleniem.

Prostym trickiem by to niewolicjonalne, niekontrolowane uważne obserwowanie oddechu w sobie rozpoznać jako naszą zdolność puszczania i nieprzywiązywania się jest moment zmiany wdechu w wydech. Warto wcześniej uprzednio rozruszać duchowe mięśnie ćwiczeniami jak na kanale yt podanym powyżej.

Zaczynamy od ugruntowania się w ciele, osadzenia w jego odczuwaniu. Gdy spokojnie i uważnie jesteśmy w tu i teraz, można przytrzymać odważnie oddech po wdechu, jakby zamknąć go w brzuchu, w trzewiach. I dać ciału sposobność by spontaniczne go wznowiło samo, po prostu z powodu życia instynktu. Na początku to może być szarpane, nawet emocje mogą być intensywne, takie topielcze instynkty walki o życie. To oczywiście naturalne reakcje organizmu.

Gdy jednak pozostajemy w umyśle oraz sercu w stanie uczuć pokoju, wdzięczności i radości ciało się rozluźnia i z czasem wznawia oddech absolutnie łagodnie i harmonijnie. Sam ten trening niesie uzdrawianie lęków i nerwowych reakcji zakorzenionych w ciele.

Gdy ciało zaczyna w pokoju realizować swoje naturalne funkcje, wtedy ujawnia się coś nowego w nas. Obserwujemy bez ingerowania. Bez przywiązania, bez trzymania, bez kontroli. Puszczamy życia strumień i tylko się w nim unosimy. Coraz głębiej rozpoznając absolutny pokój Obecności Jestem.

Czasem warto też pomóc ciału, w tym odnalezieniu spokoju oddechu np. praktyką Ho’Oponopono kierowaną do siebie. Do swego wnętrza, to swego ciała, swego serca, swego umysłu, swej historii. Np. tak jak pięknie jest to wykonane tutaj:

Interesujące jest stosowanie zarówno męskiego głosu intonującego tą praktykę jak i żeńskiego. To ma dosyć istotny wpływ na te dwa różne aspekty w nas – męski i żeński. Odpowiednio na przemian.

Oddech obecności

Praktyki duchowe, typu np. medytacja, są drogą rozpoznania naszej natury. Są też jej wyrazem.

Oddech uznaje się za pomost łączący niematerialne z materialnym. Praktyk oddechowych w tradycjach duchowych jest wiele i są różne.

Jedną z nich jest praktyka wdzięczności. Jest bardzo prosta i nie wymaga żadnych przygotowań.

Każdy wydech ofiarujemy wdechowi. Bezinteresownie. Każdy wdech oddechowi. Bezinteresownie. Jednocześnie obecni we wszystkich doświadczeniach w takim oddychaniu się przejawiających. Mogą się pojawić myśli o tym jaki to ma sens takie oddychanie. Wdech ofiarujemy wydechowi. Wydech wdechowi. Mogą się pojawić myśli czy aby na pewno jesteśmy naprawdę wdzięczni. Wydech oferujemy wdechowi, wdech oferujmy wydechowi. Co łączy wdech i wydech? Tak bez nazwy? Wdech oferujemy wydechowi, wydech wdechowi? Jednemu i drugiemu towarzyszy obecność. Jaka jest? Czy się zmienia? Co wyraża? Wdech oferujemy wydechowi, wydech wdechowi. Obecność Jest.

Wydech staje się poczuciem rozpoznania swego indywidualnego istnienia. Wdech staje się pytaniem o naturę indywidualnego istnienia. Rozpoznając pytanie jest obecność. Rozpoznając samo indywidualne istnienie jest obecność. Jaka jest? Co wyraża? Co zmienia?

Wydech staje się rozpoznaniem drugiej istoty – sąsiada, partnera, znajomego. Wdech staje się rozpoznaniem siebie samego. Cały czas towarzyszy temu poczucie obecności. Jaka jest? Co wyraża? Czy coś się zmienia?

Obecność nie potrzebuje tych nazw. Nie potrzebuje przypominać sobie czym jest. Po prostu Jest.

Wdech wydech. Nazwy się pojawiają. Jest obecność. Nazwy znikają jest obecność. Jaka jest? Co wyraża? Czy coś się zmienia?

Wydech jest rozpoznanie zewnętrza – świat, domy, ulice, kosmos. Wdech jest rozpoznanie wnętrza – uczucia, emocje, myśli. Jest obecność? Jaka jest? Czy coś się zmienia?

Wdech to miłość w działaniu. Czy coś się zmienia? Wydech to poszukiwanie miłości. Czy coś się zmienia?

Wdech oferowany wydechowi. Wydech oferowany wdechowi.

Poza słowa. W słowa. Obecność.

The Big Bang might have been just a Big Bounce | Imperial News | Imperial  College London

Terra Nova, Nowa Gaja

Masz imię. To czego doświadczasz to jedno z Twych wcieleń. Możliwe że jedno z ulubionych, zważywszy gdzie jesteś w pojmowaniu. I może akurat to wybrałaś/wybrałeś do pełnego wzniesienia, czyli doświadczenia przejścia od ignorancji do pojmowania. Przejścia przez zasłonę niewiedzy. To nie jest w sumie, aż tak istotne, które bo jesteś czymś więcej niż to życie. Ale tym życiem rozwijasz się, doświadczasz wszelakich stanów, zrozumień, wglądów, uczuć. Spontaniczne i w medytacjach. W praniu i gotowaniu. Spacerze i pracy. Tu nie chodzi tylko o jakiekolwiek doświadczanie samo dla siebie. To co Jest nie jest również doświadczaniem wyłącznie.

Zjawiska doświadczane, nawet najcudowniejsze, pomimo że potrafią rozwinąć w pojmowanie, mogą też kusić i wciągać. Są jednak zmienne. To Jestem trwa nieporuszenie. Doświadczenia to zawsze przedmioty względem podmiotu jakim jest Jestem. Owo Jestem jednak widzi w przedmiotach doświadczania, potencjał Jestem wcielonego w Wielość. Jestem jest Jedno. Ale Jedno pojmuje co to znaczy kochać Drugie, Trzecie i Czwarte i 8 mld ludzi, i 50 mld krów, 100 mld świnek i 500 mld pąków róż etc. I to co robi to prowadzi każde z tych przedmiotowych doświadczeń do rozpoznania siebie jako Jestem. To esencja roli wewnętrznego Guru. Bo Miłość pragnie kontaktu w równości a nie zależności, podległości, uległości, prośbie, modlitwie błagalnej czy ratowaniu, podnoszeniu, uzdrawianiu. Choć czasem tego typu sny są całkiem radosne. To Jestem rozpoznawszy Siebie w pierwotnym błysku rozpoznania Jestem pojęło to od razu. Nigdy wręcz nie pojmowało inaczej. To niemożliwe bo Jest Jedno. Stąd kreuje miliony rzeczywistości by odnaleźć ścieżkę do tej Jedności w Wielości. Nie samo z siebie. Ono Jest. Ale by każdy fragment Wielości też rozpoznał to samo nie tracąc swej Oryginalności. Tą oryginalnością jest droga przez sen – zwany tu chwilowo życiem na jawie – każdego z nas. I każdy z nas przez to jest inny choć połączeni jesteśmy poprzez to Jestem. Jest tu, w przestrzeni Gai obecnie przynajmniej 240 mln światów już na tym jednym świecie, może nawet więcej. Coraz więcej samoświadomych ludzi przenika zasłonę niewiedzy. I więcej będzie z czasem jak kolejne świadome istoty zaczną swoje nowe kroki w ewolucji świadomości. W tej ewolucji mamy poczucie wzrastania. Jakby poszerzania i pogłębiania pojmowania. To przez myśl, to przez uczucie. To przez połączenie jednego z drugim a potem nawet przez ciało fizyczne. Ciało świetliste również. Aż w ostatecznym błysku rozumiemy że nic nie trzeba było rozwijać bo Jestem przenika wszystko. Zatem po co to wszystko?

Dolores Cannon - Are you ready for 5D Earth? | Facebook

To Jestem doświadczając swej boskiej gry w ukrywanie się i szukanie ma pewien cel. Istota Jestem jest prosta i nie wymaga niczego poza obecnością w tu i teraz. Ale Jestem to też wspólne spędzanie czasu w Wielości. To Jestem kocha Różnorodność bo widzi w niej Siebie. Wielość to Różnorodność. Trzeba się nauczyć jak być Różnymi Pięknie. Dla Jestem to tylko kwestia jego zawinięcia się w sobie że rozpoznaje się jako cmonky’iego pozdrawiającego Ciebie Czytelniczko/Czytelniku. Pozdrawiam Nieskończone Jestem w Tobie z mego Nieskończonego Jestem.

Ten świat tu to dla mnie osobiście zbieranie doświadczeń poprzez dualizm by to co z niego najlepsze mogło być tą wspólną przestrzenią gdzie różne Jestem się spotykają w swej Różnorodności. Im jesteśmy bardziej obecni w odczuwaniu całości tego co doświadczamy tym sprawniej to płynie dla nas samych. To co się tu działo i jeszcze chwile podzieje to zbieranie doświadczenia. Każde z nas, w sensie podmiotowym robi to z własnej woli bo wie jaki jest cel. Choć mgła świadomie przyjętej ignorancji, dla zebrania doświadczeń, czasowo to może przysłaniać.

Ostatecznie Uniwersum Jestem w Wielości to zbiór pewnego rodzaju snów, choć bardzo realnych byśmy powiedzieli. A my w większości chcemy śnić pięknie czyli nie musieć ponownie powtarzać tego co już pojęliśmy jako bolesna droga. Lekki dreszczyk ząbków tu i tam nie zawadzi ale nie trzeba rzezi nam już. Jednocześnie dobrze jest mieć pewien tzw. wspólny port, wspólną przestrzeń gdzie nasze sny się nakładają. I taką przestrzenią jest Nowa Gaja. Terra Nova. Staje się. Staje się poprzez wybory nasze tego co ze zbioru doświadczeń uznajemy za cel naszej duszy. Wszystko z czego się składa Nowa Gaja jest głębokie bo przeżyło to wiele istnień by tą głębie zbudować. W pewnym sensie Gaja już jest bo liniowy czas jakiego każdy z nas doświadcza to tylko rama dla opowieści każdego z nas dojścia do Niej, do Nowej Gaji. Do Nowej Ziemi.

Earth Ascension - Gaia's 5D Crystalline Grid Come's Online: Openhand

Fale nowej kreacji

Nasze doświadczenie liniowego czasu wynika z tego, że nasz fizyczny mózg jest głównie połączony z aspektem umysłu jaki można określić „myślący umysł”.

W ludzkie historii wielu ludzi wyszło poza ten aspekt, łącząc się mniej lub bardziej, z innymi jakie są częścią naszej duszy. Dotykając w ten sposób wymiarów percepcji i istnienia nie mieszczących się w pojmowaniu „myślącego umysłu”.

Te inne aspekty można nazwać „wyższym umysłem” lub „oświeconym umysłem” ale także „umysłem intuicyjnym” lub „super świadomością”. Wraz z dostępem do innych aspektów umysłowości percepcja rzeczywistości się zmienia. Umysł myślący wyewoluował do funkcjonowania w rzeczywistości trójwymiarowej, mechaniki przetrwania w niej, adaptacji, rozpoznania wzorców, fizycznej orientacji w przestrzeni i czasie. I niewiele więcej.

Nasze kreatywne umiejętności, twórcza siła manifestowania nowego, radość bycia, poczucie jedności z wszystkim, percepcja wyższych wymiarów są energią jaka dociera do naszej fizycznej identyfikacji z naszego wielowymiarowego umysłu – jego innych aspektów. Te wielowymiarowe aspekty są dostępne dla każdego. Zawsze były. Trudno je jednak było nie tylko otworzyć ale i utrzymać w otoczeniu zdominowanym przez „umysł myślący” – w polu świadomości zdominowanym przez materializm, redukcjonizm oraz traktowanie każdego wyjścia poza nie jako objawy zaburzeń psychicznych. Energia kolektywna jest tu istotnym czynnikiem sprawczym, nie tylko energia indywidualna. Jednakże, Kreacja, jej siła przenikająca całe Uniwersum regularnie, cyklicznie uruchamia nowe fale swej kreacji. W przypadku Ziemi, naszego Układu Słonecznego, Drogi Mlecznej ten cykl w czasie mierzonym z z perspektywy trójwymiarowej rzeczywistości to około 12500 lat.

W rzeczywistości trójwymiarowej manifestuje się ta nowa Kreacja jako kolejne coraz intensywniejsze fale energii z centralnego słońca danej galaktyki, Sagitariusa. Wywołują one zmiany na Słońcu, zmiany na planetach Układu Słonecznego, w tym zmiany na Ziemi – np. w postaci fluktuacji pola mangetycznego. Zwiększonego oddziaływania promieniowania kosmicznego etc. Takie fale docierają teraz do nas. Nie oznacza to że to te fale elektromagnetyczne są same z siebie siłą sprawczą. One są trójwymiarowym aspektem cykli ewolucji wielowymiarowego kosmicznego Umysłu Uniwersum – Kreacji. Wraz z tymi falami coraz łatwiej uzyskać dostęp do oraz utrzymać połączenie z pozostałymi aspektami naszego wielowymiarowego self. Umysły intuicyjnego. Umysłu boskiego. I umysłu kreacyjnego. Bo fale te wpływają nie tylko na nasze indywidualne energie ale i na energie kolektywne.

Otwieranie się na te nowe aspekty jest procesem wymagającym. Wie to każdy kto przeszedł indywidualnie duchowy rozwój i połączy się z innymi aspektami wielowymiarowego self. Analogicznie takie trudności dotykają kolektywu, ludzkości, świata zwierząt i roślin, materii. Rzeczywistość się wydaje zdestabilizowana. Stare zasady ustępują, nowe jeszcze w pełni się nie zamanifestowały. To rodzi poczucie chaosu, absurdu tego co się dzieje. Rodzi niestworzone historie w umysłach na temat przyczyn.

Współczesna duchowość ezoteryczna jest nimi przepełniona. Każda jeszcze bardziej wymyślna od poprzedniej. To jak powracające fale snu z procesie budzenia się. Trzymanie się treści tych fal snu utrzymuje nas tylko dalej w fazie snu. Budzenie się to puszczenie tych treści. Historii. Wyjście z sennego matrixa tworzonego przez umysł myślący, który w swym ograniczeniu buduje opowieści mające wyjaśnić mu to co się dzieje. Ale nie potrafi tego zrobić w pełni. Dlatego nie ma co trzymać się tych treści. Otwarcie się na nowe jest tym co jest teraz konieczne. Bez lęku. W zaufaniu w siłę Kreacji Uniwersum.

Galaxy Waves Digital Art by Don DePaola

Przed umysłem

Przychodzimy na ten świat z pustymi rękami. Co robimy w tym świecie? Dlaczego przyszliśmy na ten świat? To ciało jest pustą rzeczą. Czym jest ta jedna rzecz, która nosi to ciało dookoła? Skąd przychodzi? Musisz to zrozumieć, musisz to odnaleźć. Więc jeśli chcesz to znaleźć, musisz zapytać siebie: “Kim jestem?” Zawsze utrzymuj to wielkie pytanie. Myślenie musi zniknąć. Musimy odsunąć całe myślenie, odciąć nasze myślenie. Wtedy nasza prawdziwa natura pojawi się, nasz prawdziwy umysł pojawi się. W tym świecie, ilu ludzi naprawdę chce praktykować? Wiele ludzie nie praktykuje wcale, walczą dzień i noc, i przez cały dzień trenują swoje pragnienia, swoją złość, swoją ignorancję. Kiedy stracisz to ciało, nie masz niczego co mógłbyś zabrać ze sobą. Kiedy to ciało zniknie, co zabierzesz ze sobą? Co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Nie wiesz, prawda? Jeśli to “nie wiem” jest jasne, wtedy twój umysł jest także jasny, wtedy także to miejsce dokąd się udasz jest jasne. Wtedy zrozumiesz swoją pracę, zrozumiesz dlaczego przyszedłeś na ten świat. Zrozumiesz co robisz na tym świecie. Kiedy to zrozumiesz, możesz stać się ludzką istotą.

– Mistrz Zen SeungSahn

Co robi pies jak rano wstanie? Śmieje się. Co robi kot jak rano wstaje? Śmieje się. Co robi umysł człowieka jak się budzi? Zastanawia się. Nad tym. Tamtym. Tym. Dlaczego się zatem człowiek nie śmieje? Bo jest przekonanym, że jest tym umysłem. Gdy wie, że nie jest myślą to też się śmieje. Śmiej się. To droga do Twej prawdziwej natury.

– adept zen Yoshi

Co jest przed myśleniem? Kim Jestem zanim pomyślę? Przed nazwaniem czegokolwiek? Nie nazywaj. Nie sprawdzaj. Pozwól.

Kim Jestem?

Jeden z największych mistyków i nauczycieli XX wieku, Śri Ramana Mahariszi przekazywał, że jest tylko jedno pytanie warte zadania: Kim Jestem? Rekomendował zadawać je sobie nieustannie w medytacji, kontemplacji, refleksji.

I obserwować odpowiedzi. By znaleźć źródło w którym się rodzą. By pójść za ich śladami do tego źródła. W głąb siebie. Do najważniejszego rozpoznania.

Ramana Maharishi – Wikipedia, wolna encyklopedia

W trakcie tego zapytania do siebie odkrywamy się ponownie. To lubię, tego nie. Takiego się lubię, takiego nie. Takich ludzi lubię, takich nie. Mamy w sobie wszystkie te energie, wszystkie smaki tęczy. Zarówno lubienia kogoś jak i nie lubienie tego samego kogoś. Myślenia w jakiś sposób jak i myślenia w inny sposób. To wszystko jest w nas. Łącznie z kochaniem siebie całego lub jakiegoś kawałka. Kochaniem świata lub jego kawałka. Nienawidzenia również. Wszystko jest w nas. Kwestia tego z czym się teraz utożsamiamy. Z fragmentem jakimś siebie? To ten fragment objawia się tym jak czuję, jak myślę, kogo lubię, kogo nie, jaki mam stosunek do siebie. Zmienię utożsamienie zmieni się to. Co pozostaje stale? Co jest poza utożsamianiem się? Poza każdym smakiem energii? Poza każdą myślą? Co Jest?

Np. jest w nas również energia szukająca atencji. Szukająca potwierdzenia siebie. Oparcia o coś. Bezpieczeństwa i ostatecznie miłości. Do pewnego momentu wierzymy, że to my jesteśmy tą energią. Dlatego też wspieramy ją swą UWAGĄ i POTWIERDZANIEM w poszukiwaniach tego czego szuka.. Aż się zorientujemy, że to my ATENCJĄ i POTWIERDZENIEM jesteśmy również w swej istocie. Wtedy ta energia w nas, poszukująca różnych rzeczy się z czasem uspokaja, bo ma źródło atencji i potwierdzania wewnątrz. W naszej istocie. Możemy ją nazwać Duszą, Wyższym Ja. To nie ważne. To. Poza myśleniem. Poza czuciem. Poza pragnieniami i lękami. Poza nadziejami i obawami. Poza brakiem i posiadaniem. Poza wszystkim. Jest.

“Szczęśliwość jest naszą naturą. Nie jest niczym złym pragnienie jej. Co jest nieprawidłowe to poszukiwanie jej na zewnątrz zamiast wewnątrz.”
― Sri Ramana Maharshi

Let it go, let God

Jednym z trudniejszych wyzwań w rozwoju świadomości, powrocie do domu, jest puszczanie tego co nam nie służy. Bo wszak się do tego przyzwyczailiśmy, do przekonań, oczekiwań i związanych z nimi emocji. Towarzyszyły nam często długo, czasem od dziecka, czasem od nastoletniości. Wyznaczały perspektywę na świat. Pozwalały określić co jest dobre a co złe. Zbudowały nas w opozycji do tego złego, w poszanowaniu tego dobrego. Napędzały w poszukiwaniu wiedzy, która uzasadniała ten podział. Uzasadniała których ludzi i działania lubimy a których nie. Jednakże natura nie zna czegoś takiego jak „stałość”. Pcha nas nieustannie do przodu. To co kiedyś budowało teraz może niszczyć. Brahma -> Vishnu -> Shiva – > Brahma -> Vishnu -> Shiva. Odwieczne cykle makro i mikro świata. Uniwersum na zewnątrz i Uniwersum wewnątrz. Coś w nas się rodzi kreując nasz pogląd, dając nam wzrost, możliwość dokonania wyborów i podjęcia decyzji (moc Brahmy) potem to nas utrzymuje w podjętych działaniach, niesie (moc Vishnu) a potem odchodzi by dać przestrzeń na nowe (moc Shivy). Z tym ostatnim jest nam często najtrudniej. Nie potrafimy oddać. To umysł nie potrafi bo umysł funkcjonuje w wiecznej iluzji trwałości rzeczy, trwałości poglądów, stanów ducha. Bez stałości czuje się bezradny i pełen lęku. Co się stanie jak przestane uznawać dany pogląd? Dane przekonanie? Czy „ja zniknę?” Wszak to cały „ja”. To tylko iluzja. Myśli to tylko myśli. Dziś są mocne i silne. Jutro ich nie ma. A my dalej Jesteśmy. Warto nauczyć się puszczać to co nam nie służy.

Dla wielu hinduizm, czy bardziej wedanta to religia wielu bóstw. Nie jest tak do końca. To bardzo mityczne, egzoteryczne (religia zewnętrzna, poza człowiekiem, Bóg poza nami, religijność rytuałów) podejście. W wedancie bóstwa reprezentują energie, aspekty człowieka, aspekty nas. To podejście ezoteryczne (religia wewnętrzna, duchowość w nas, Bóg w nas, religijność transformacji do naszej boskiej natury).

Współcześnie nazwalibyśmy to archetypami. Tak jak C. G .Jung. Mając takie zrozumienie zupełnie inaczej odczytuje się Wedy (starożytne pisma wedanty, podstawa hinduizmu, tak jak Biblia dla judeochrześcijaństwa ale znacznie starsze niż owa Biblia). Wedy są źródłem niesamowitej starożytnej wiedzy o człowieku i świecie. Mahahbarata i Bhagavad-Gita to opowieści, które można czytać jak mity a można czytać jak metafory ludzkiej egzystencji. Upaniszady to najważniejsze teksty jogiczne, instrukcje dla adpetów jogi. Swoisty system duchowo – psychologiczny odkryty przez starożytnych Riszich przed tysiącami lat. W czasach gdy człowiek jeszcze czuł a nie tylko rozważał swe odwieczne połączenie z jednością Uniwersum. Traktował swą planetę jak realną Matkę a Uniwersum jak realnego Ojca. Był z nimi połączony, prowadzony przez nich i szanował ich. Brahma stworzyciel, Vishnu podtrzymujący, Shiva transformujący. Podstawowe energie kształtujące rzeczywistość wewnętrzną i zewnętrzną. Rozpoznanie ich i wejście w harmonie z nimi dużo upraszcza.

Co niezwykle ciekawe, wiele danych wskazuje że Weda (czyt. „wiedza”) przyszła na kontynent Indyjski wraz z migracjami pewnego ludu. Jak się okazuje ten lud ma znacznie więcej wspólnego z ludem jakim jesteśmy my, Słowianie, niż to się może wydawać. Na dalekim wschodzie Rosji do dziś z szacunkiem mówi się o Wedzie jako wiedzy.

Może zatem to nie tylko mądrość starożytnych Indii ale mądrość i naszych pradawnych przodków migrujących po kontynencie Euroazji przed tysiącami lat?

Yoshi – opowiadania

Krótkie opowiadania o Yoshim powstały kilka lat temu, wstępnie tylko pierwsze jako próbka pisarska gdy zastanawiałem się nad stworzeniem czegoś konkretniejszego, z czasem stało się to wyrazem pewnej energii we mnie i w sumie powstało ich sześć. Może kiedyś do tego wrócę i opowiem co Piotrek oraz Yoshi zastali na Górze wspomnianej w ostatnim jak dotąd opowiadaniu. Opowiastki te są związane z duchowością ale podaną nieco w inny, lżejszy sposób. Z założenia miały być lekką opowieścią drogi o przygodach młodego mnicha ale może też czymś więcej…

Kozy

Yoshi nerwowo spoglądał to na Mistrza to na Panią Kunę, która na szczęście siedziała ze spuszczoną głową czekając na reakcję Mistrza. Mistrz jednak najwyraźniej … zasypiał. Yosh delikatnie dotknął jego kolana
– Mistrzu? – szepnął – Pani Kuna czeka
Starzec drgnął i łypnął jednym okiem na młodego mnicha. Pociągnął nosem, zamlaskał i wymruczał:
– Rww….rww….., chrr… – pogrążając się znów w letargu.
Pani Kuna podniosła głowę z wyraźnym zapytaniem malującym się na jej pomarszczonej twarzy.
– Mistrzu Mao? Nie rozumiem?
Gdzieś z głębin grubego brzuszyska Mistrza Mao zaczęły wydobywać się stłumione wibracje… po chwili przerodziły się nasilające się chrapnie. Yosh nerwowo przełknął ślinę a potem spiął się cały gdy Pani Kuna spojrzała na niego pytająco
– Yosh – co mam zrobić z moimi kozami? Co ma na myśli Mistrz Mao?
Yosh sam nie miał pojęcia co zrobić. Kozy Pani Kuny chorują już od dwóch tygodniu. W zeszłym tygodniu Mistrz Mao nakazał by podawać im co wieczór po jednej główce sałaty. Najwyraźniej nie pomogło. A Pani Kuna to ważna osoba. Należy do starszyzny wsi i to od niej dostają cztery razy w roku sery do świątynnej spiżarni.
– Może … – niepewnie zaczął Yosh… – To znaczy, Mistrz Mao pyta czy Pani rwała liście sałaty czy też podawała je w całości? – Sam nie wierzył w to co powiedział i spojrzał z lekkim przerażaniem na Panią Kunę. Poczuł stróżkę potu na plecach.
Pani Kuna zmarszczyła brwi, zacisnęła usta…
– Ta… tak! To prawda! Całe im dawałam. Ale tydzień temu Mistrz nie mówił nic o tym?!
– Jestem pewien iż mówił o rwaniu… to na pewno przez to kozy nie zdrowieją!
– No dobrze – spojrzała gniewnie na Mistrza – rwać powiadacie, no dobrze.
Pani Kuna pokłoniła się im ze złożonymi dłońmi i z wyraźnym wysiłkiem wstała. Spojrzała jeszcze raz na przejętego Yosha, odwróciła się na pięcie i wyszła. Yosh niepewnie wypuścił powoli powietrze.
– Bardzo dobrze mój drogi uczniu… bardzo dobrze – wymruczał Mistrz – za tydzień powiedz jej koniecznie o śmietanie, że ma tą sałatę ze śmietaną podawać.
Yosh zrobił wielkie oczy i spojrzał pytająco na Mistrza Mao.
– Ależ ….
– Rób co mówię. Oni potrzebują przekonania iż ktoś wie to czego nie wiedzą oni. Bez tego poczują się zagubieni. A teraz daj mi spokój.
Yosh pokłonił się szybko i równie szybko wstał z narastająca pustka w głowie…

Pszczoły

Yosha na przemian unosiła to fala wściekłości to fala strachu. Nie wiedział co ma myśleć o całej sytuacji. Mistrz Mao był przecież Mistrzem Mao! Jak mógł powiedzieć Pani Kunie coś co nie było prawdą?! Dla Yosha – jak i dla innych ludzi ze wioski, Mistrz Mao był zawsze najwyższą wyrocznią. Prowadził ich pewnie od narodzin do śmierci od wielu lat. Tak jak robił to poprzedni Mistrz – Kunon, i jeszcze wcześniejsi – Denona, Mako i inni. Mistrzowie z Góry byli dla okolicznych wsi najwyższym autorytetem. Byli ich sercem i rozumem. To dzięki nim od pokoleń pomiędzy wsiami panował pokój. Co dekadę każdy z Mistrzów wzywał do siebie na nauki. Zawsze sam wybierał jednego z ochotników. Wybraniec, zawsze, po latach, wracał do wiosek i żył jak inni, wcielając to czego się nauczył w życie. Gdy jakiś Mistrz umierał, Wybraniec zostawał na Górze by kontynuować misję. Wybraniec spędzał na górze 3 lata w samotności. Dla mieszkańców ten okres był Nocą Przesilenia… Do umysłu Yosha znów przebiło się wspomnienie spotkania z Panią Kuną i tego co się stało. Znów ogarnął go strach – czy Mistrz Mao oszalał? Czy umiera? Jak mógł to powiedzieć? Yosh uznał iż lepiej będzie oczyścić umysł. Skierował się zatem o ogrodu na tyłach Świątyni i usiadł pod jedną z jabłoni. Zrelaksował ciało, uwolnił umysł, otworzył serce… i zatrzymał się. Nie do końca można stwierdzić dlaczego stało się co się potem stało. Czy to po prostu był ten moment, czy to efekt emocji, czy zamętu w głowie? Faktem jest iż jak w jednym momencie Yosh był obserwatorem świata, potem obserwatorem siebie, światem, sobą…. pustką. Jest jednocześnie euforią zapachu kwiatów, poczuciem wiatru w nozdrzach, wiatrem, kwiatami, owadami. Trzy pszczoły rozpoczęły taniec, czy też on sam ze sobą rozpoczął.
– Yoooosh! – był wołaniem Mistrza Mao, jego brzmieniem, barwą, pszczołą. Zerwał się na nogi i biegiem pobiegł do Świątyni. W jej zaciszu, przy stole, Mistrz Mao zajadał pieczywo z miodem i śmietaną. Wokół tego czym był Yosh, w tym czym był Yosh – bzykał jak pszczoła wokół i wewnątrz tego wszystkiego.
– Mistrzu Mao! Ja i pszczoła to JEDNO! – Krzyknął rozradowany Yosh
Trzask. Ręka Mistrza niczym błyskawica przecięła powietrze trafiając pszczołę w locie, zabijając, na miejscu.
– A teraz Yosh? Też? – spojrzał ubawiony Mau – Lepiej przynieś mi ciepłego mleka, a nie myśl o dyrdymałach.
Yosh po raz drugi tego dnia poczuł że jest kompletną pustką. Tyle że teraz była to jakaś zupełna pustka…

Lakszmi

Yoshi wiercił się nerwowo na swoim siedzisku. Gdzie jest Mistrz Mao? Zbliżał się czas Widzenia a Mistrza nie było. W oddali zagrzmiał gong. To oznaczało iż osoba mająca dziś Widzenie przekroczyła bramę Góry. Yosh przełknął ślinę. I jeszcze raz. Jakby wczorajsze wydarzenia nie były wystarczająco stresujące. I dziś znów. Zbliża się Widzenie a Mistrza nie ma.

Świątynie wypełniało światło świec. W tle migotał Posąg Jedynej. Ściany epatowały spokojem. Yosh skupił się na oddechu. Spokój. Spokój. Czysty umysł.

Klong. Klong. Dwa uderzenia. Kołatka drzwi Świątyni. Mistrza Mao nie ma. Czy to ambicja, czy to poczucie obowiązku, czy to szaleństwo. Kto wie. Yosh szybko przesiadł się na miejsce Mistrza Mao. Tradycja jest najważniejsza. Niech Jedyna go prowadzi. Co będzie to będzie. Zamknął oczy.

Kroki. Kroki czy taniec? Już samo brzmienie tych kroków zgrało się z rytmem serca Yosha. Słuchałby i słuchał… po co otwierać oczy. To było idealne. Jedna z tych chwil która nie musi się kończyć. Zapach. Nieokreślony. Yosh mimo wszystko był wytrenowanym obserwatorem. To zapach czarował. Tak. Ale te czary były silniejsze. Czas zniknął. Ta chwila mogła trwać wiecznie . Yosh zachłysnął się bez świadomości czym… jakież jednak ma to znacznie czym jak ogarnia cię ekstaza?

Chwała Jedynej – usłyszał. Choć to za mało powiedziane. Nie usłyszał. To przeniknęło go do głębi. Muzyka. To za mało. Ponownie zapadł się w chwili. Niech trwa wiecznie.

Mistrzu – głos wyraził zaniepokojenie. No tak. To tylko Yosh. Nie Mistrz Mao. Serce Yosha zabiło szybciej. Dlaczego ma być mniej godny tej chwili niż Mistrz? Czyż nie mało wycierpiał? Czyż nie mało czasu poświecił na nauki? Czyż nie recytował z pamięci każdej z Sutr Jedynej? I ten głos… Mistrzu…to nie były słowa. To poezja. To dotykało jego serca, duszy, było nim. Otworzył oczy. Umarł.

Najpierw dostrzegł oczy. Nie jakieś oczy ale oczy wszystkiego. Iskry w oczach. Te iskry zburzyły jego krew. Nic już nie liczyło się ponad te oczy. Potem usta. Przymknięte. Potem otwarte, coś przekazujące. Nic nie słyszał. Wzrok skupił na ustach. Czerwieniejącej fali. Uderzającej go z siła tsunami. Nad nimi oczy, teraz spuszczone. Zatęsknił za iskrami lecz zachwycił się linią brwi, łukami rzęs. Wreszcie wypuścił powietrze…

– … i Pan Yao Ming pragnie mnie za żonę ale ja pragnę miłości, nie męża, co począć Mistrzu gdy Ojciec i Matka pragną ślubu?

Jakże opisać co wyczyniało w tym momencie serce Yosha. Nagle ujrzał wszystko. Pasmo włosów na lewym ramieniu, letnią z lnu suknię, kwiat na ramieniu. Jakiś. Nie miał pojęcia jaki. Ale te usta go przyciągały. Ich wibracja, nie widzialna, lecz odczuwalna. Postawa cała, ramiona rozchylone, pierś wysunięta. Pełne zaufanie… O Jedyna, co począć – Yosh poczuł przerażenie. To wszak istota życia o o jakiej Pisma prawiły. Istota wszystkiego. Czysta forma miłości pragnąca otulić jeden, jedyny, ten konkretny byt. Jakże Yosh zapragnął być tym jedynym. Serce mu pękało. Co z rozpacz. Znieruchomiał. Przemknął mu obraz ukazujący zawsze i wszędzie ich razem… I wsie, i Góra. Jedyna… Mistrzu Mao… Co począć?

Jego usta same uformowały się w wibracje. Słowa popłynęły. Piękna pochyliła głowę. Kosmyk zsunął się z ramienia. Yosha przeszedł dreszcz…. – Jak Ci na imię Pani?

– Lakszmi – Oczy Yosha nie rejestrowały już tego co się działo. To było jak klatki filmu, w rytmie serca zatrzymywane.

Pokłon? Powstanie? Spojrzenie? Ku niemu z pytaniem niemym czy podziękowaniem? Fałdy sukni. Trzask drzwi. Cisza. Cisza. Cisza.

Pustka nagła. Przerażenie

Motyle

Yoshi nie wiedział co się z nim dzieje, siedział pod jabłoniami w ogrodzie Świątyni od trzech godzin. Jego spokojny zazwyczaj umysł przypominam targowisko z wioski w której się narodził. Myśli przekrzykiwały się jedna przez drugą. Nie wiedział co począć. Wszystko go uwierało. Medytacja która była jego domem stała się obca. Nie umiał się w niej odnaleźć. Każda myśl o czystym umyśle zderzała się z myślą o tym co wydarzyło się na Widzeniu. Każde uczucie jakie wzbudzała Tradycja zderzało się uczuciem jakie wzbudziła w nim Lakszmi. Walczyły se sobą myśli, emocje a każdy ruch jednej ze stron wzbudzała ruch przeciwstawny. Niczym dwie armie w jego głowie, zderzał się stanowiska, niby wyważone, by nagle lec w gruzach w ruchu serca. Ogarniał go coraz większy chaos. Czuł się coraz bardziej zagubiony.

W oddali, pomiędzy liśćmi czereśni mała larwa przegryzła się przez kokon. Pierwsze łakome kąski światła łapała niczym nektar. Jej maleńkie ciało wypełniała coraz większa energia. Jeszcze jeden, dwa trzy nerwowe ruchy i wyrwała się… i runęła w dół. Spadając czułą na sobie światło, życiodajny blask. Wtedy zaiskrzyły trwające w oczekiwaniu fragmenty jej małego mózgu, popłynęły sygnały do włókien czekających na nie od momentu powstania. Napięły się, drgnęły. Dwie kolorowe skrzydła najpierw niemrawo, jeszcze związane mazią drgnęły i gdy już wydawało się iż nie rozwiną się w pełni, eksplodowały barwami, zamigotały, załopotały. Już nie larwa, lecz motyl, wzbił się w powietrze. Nowa radość, nowe cele…

Delikatne kolorowe ruchy ruszyły drobiny ciepłego letniego powietrza. Te ruszyły następne, i następne. Lawina ruszyła, odbijając się tu tu, to tam. Od liści czereśni, od liści, zderzyły się, wzbudziły wzmocniły.

Szamoczący się wewnętrznie Yosh nawet nie poczuł lekkiego podmuchu wiatru na twarzy. Poczuła je za to jabłoń. Drgnęła gałązkami, liśćmi… piękne dorodne jabłko. Jedno z wielu, zachybotało, w lewo, w prawo. Trzask. Runęło.

– Auć! – Zakrzyknął Yosh unosząc dłoń zdziwiony nagły trafieniem. Tuż obok przeturlało się się piękne, dorodne, czerwone jabłko. Czerwone. Tak. Czerwone… poczuł. W mgnieniu myśli jedna armia ogłosiła bezwarunkową kapitulację. Determinacja przeciwnika, czy też jego tajemnych sprzymierzeńców, zwyciężyła.

Yosh szybko wstał, rozmasował umęczone uda, chybocząc się na zdrętwiałych stopach pokuśtykał w kierunku Świątyni. Jego oczy błyszczały determinacją i wolą.

Zapukał po chwili do drzwi celi Mistrza Mao. – Wejdź – usłyszał słaby głos. Jego serce zabiło szybciej lecz rytmu nie zmieniło. Otworzył drzwi.

Mistrz Mao półleżąc na posłaniu podpierał się na łokciu. – Co tam Yosh? Jak poszła Wizytacja? – Czujne oczy Mistrza uchwyciły inny rytm serca Yosha. Twarz pozostała jednak spokojna.

– Mistrzu, mistrzu Mao – głos Yosha łamał się – ja… ja … to wszystko, Twój stan.. ja nie jestem gotowy. Nie, nie. Ja nie chce. Ja nie chce tu zostać! Ja muszę iść do wioski.
– Do wioski? A czemuż to mój uczniu? Co cię tak gna – głos mistrza był słaby ale biło z niego coś co zawsze uspokajało Yosha. Akceptacja. Pytanie które nie bało się żadnej odpowiedzi.
– Mistrzu, wybacz. Ona..
– A… ona? – usta Mistrza ułożyły się w uśmiech – zatem wszystko jasne – nagle spoważniał – wiesz że ja wkrótce umrę Yosh? I nie mam czasu ani sił na szukanie nowego ucznia?
– Tak przeczuwam Mistrzu i przeraża mnie to. Ja starałem się, naprawdę się starałem ale te nauki, to wszystko co czytałem, co mi mówiłeś… to wszystko jest takie… takie…
– Puste?
– Właśnie! A ja nie chce pustego! Ja chce pełnego! Ja chce żyć jak ludzie w wioskach!
– Jesteś tego pewien Yosh – ponownie pytanie gotowe na wszystko. Yosh poczuł łzy w oczach patrząc na starą twarz starca, tak bardzo mu bliską przez te lata.
– Tak
– Zatem zdecydowane. Reszta w dłoniach Jedynej. – uśmiech Mistrza rozbroił całkowicie Yosha, osunął się na kolana przy łożu Mistrza i chwycił go za rękę. Poczuł jak bardzo jest słaba, jak drży w jego uchwycie. I jeszcze więcej łez napłynęło do jego oczu
– Poszukam ochotników Mistrzu! Sam się tym zajmę, natychmiast! Na pewno będą chętni!
– Dobrze Yosh, dobrze… – Mistrz upadł na posłanie – Bardzo dobrze – tylko mam prośbę jedną…
– Tak Mistrzu!?
– Przynieś mi jeszcze miodu i mleka, bardzo Cię proszę, a potem jesteś wolny
– Tak Mistrzu! Natychmiast! Przepraszam Mistrzu!
– Za co przepraszasz Yosh? – ponownie to pytanie gotowe na wszystko.

Ich spojrzenia spotkały się. Gotowe na wszystko. Czy aby na pewno?

Piotrek

Yoshi stanął u szczytu schodów prowadzących do Świątyni. Spojrzał jeszcze raz za siebie. Bardzo znane i przytulne budynki kompleksu jaśniały w świetle poranka. Zapraszały, oferując znane bezpieczeństwo. Yoshi miał jednak nowe światło, nową obietnicę ukojenia. Lakszmi. Uśmiechnął się, wziął głęboki oddech i spojrzał w dół schodów. Te, niczym spokojny strumień, spływały leniwie z Świątynnego wzgórza, płynąc statecznie pomiędzy klombami ogrodu. Jeszcze bardziej go to zmotywowało. Cóż to takiego – stwierdził w myślach – przejść bramę, zejść do wsi i popytać o Lakszmi. Jego twarz się rozpromieniła. Zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku bramy.

– Oj Pani, Pani… co ja pocznę dalej – biadoliła Pani Kuna wdrapując się w kierunku Świątynnej bramy – Toć wiadome było iż młody on, głupi jeszcze. Nie to co Mistrz Mao. On by na pewno dobrze doradził.

Pani Kuna wreszcie stanęła przed bramą. Przez chwilę łapała oddech kręcąc głową i poruszając bezgłośnie ustami. Poczłapała do prawej strony bramy i pociągnęła delikatnie za łańcuch by zabrzmiał gong. Znak, iż ktoś przychodzi do Świątyni na Widzenie. Chwyciła za metalową kołatkę i pchnęła skrzydło bramy.

Yoshi raźnie podszedł do bramy. Tylko raz ją przekroczył. Gdy Ojciec i Matka przyprowadzili go do Mistrza Mao na służbę Świątyni. Lecz wtedy wchodził a nie wychodził. Drżącą ręką chwycił za metalową obręcz kołatki, pociągnął energicznie skrzydło bramy… Spojrzał śmiało na łąkę i wijącą się dalej w dół dróżkę. Słońce już grzało. Zapowiadało się na wspaniałą wędrówkę. Przekroczył bramę. Wtem poczuł jak wiatr wdziera mu się do ust. Nie wiatr a prawdziwy wicher. Bardziej poczuł wewnętrznym okiem, niż swymi żywymi oczyma zamkniętymi przed podmuchem, iż jakby wszystkie motyle, pszczoły czy nawet pyłki znad łąki wpadały mu w usta a potem cała polana jakby zwinęła się wokół dróżki i wskoczyła mu do płuc niczym pierzasty wąż. Zapadł się w ciemność, nagłą i niespodziewaną.

Pani Kuna wchodząc do Świątyni pochyliła się nisko. Mistrz Mao już siedział na podwyższeniu. W tle posąg Pani wydawał się łagodnie ją witać i otwartymi szeroko rękoma zapraszać do wejścia. Powietrze pachniało pięknie kadzidłami. Mistrz Mao! – pomyślała – On na pewno mnie uratuje. Łzy napłynęły jej do oczu. Szybko zrobiła kilka kroków i upadła na kolana.

– Mistrzu Mao! Posłuchałam Yoshiego! Zrobiłam co kazał. Jedna koza padła a pozostałe ledwo żywe!
– Na pewno coś zaradzimy! – głos Mistrza, niczym ciepły wełniany koc, owinął się wokół Pani Kuny uspokajając ją i przytulając.

Yoshi poczuł ciepło Słońca pod powiekami. Rozlało się niczym pomarańczowo – czerwony blask i ogrzało jego ciało. Uspokajając bijące nerwowo serce. Yoshi rozluźnił pięści i otworzył oczy. Nie był na łące przy bramie. Wokół jednak też była trawa. Równo skoszona. Powietrze wypełniało bzyczenie owadów i słodkie owocowe zapachy. Niedaleko Yoshiego stała dziwna konstrukcja. Jakby przęsło ale wykonane z cienkich białych belek. Dwie stojące na sztorc kilka ładnych kroków od siebie i jedna łącząca ich szczyty. Za konstrukcją rosły wysokie liściaste drzewa. To od nich bił odurzający słodki zapach. Za drzewami teren lekko się podnosił a w oddali widać było zabudowania. Bardzo dziwne zabudowania.

– Cześć! – usłyszał za plecami dziecięcy głos – śmiesznie wyglądasz!

Yoshi spojrzał w prawo i zobaczył siedzącego na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa małego chłopca.

– Witaj! – odrzekł i uśmiechnął się – Ty też śmiesznie wyglądasz! I do tego masz usmarowaną owocami buzię!

Chłopczyk roześmiał się i sprawnie zszedł z drzewa. Yoshi śmiał się na jego widok. Wyglądał jak komedianci których pamiętał z dzieciństwa, z targów we wsi. Miał śmieszne czerwone portki do kolan i pasiastą zielono – białą koszulkę. Cała jego roześmiana buzia wskazywała, iż owocowa uczta na drzewie była udana. I to bardzo, sądząc po owocowych plamach na koszulce i usmarowanych owocami palcach.

– Jestem Piotrek – powiedział maluch podchodząc – a Ty?
– Jestem Yoshi. Z Góry, ze Świątyni – od Mistrza Mao.
– Góry? – ucieszył się chłopczyk – tej tam? – wskazał za siebie – Super. Rodzicie nie pozwalają mi tam jeszcze chodzić. Ale ja pójdę jutro z Adasiem. Adaś słyszał w szkole, iż tam są stare groby. I że można znaleźć tam skarby! Pójdziesz z nami? Na pewno wiesz gdzie szukać tych skarbów! Chodź! Chodź! Adaś padnie z zazdrości jak mu Ciebie pokaże – rozemocjonowany spojrzał wielkimi proszącymi oczyma i wyciągnął ręce do Yoshiego.
– Groby? Tam nie ma grobów. Na Górze jest tylko Świątynia i ogród. Bardzo piękny ogród.
– No ale w starej świątyni będą skarby, prawda? – chłopca nie opuszczał dobry humor gdy podskakiwał z radości wymachując rączkami.
– Tam jest jeden skarb, jeśli to tak ująć chłopczyku. Jednakże największy skarb jaki istnieje. Nauki Pani – odrzekł poważnie lecz przyjaźnie.
– Super – krzyknął radośnie chłopiec – chodź szybko – idziemy do Adasia!

Chwycił Yoshiego za rękę i poprowadził między szpaler drzew. Wdrapali się na wzniesienie i Yoshi stanął zaskoczony. Przed nimi trawa się urywała i zamiast niej ziemia była przykryta jakąś czarną smolistą substancją. Tak na pięć kroków szeroką i sięgająca daleko w lewo i w prawo. Nic takiego nie pamiętał i nigdy o tym nie czytał w Świątyni. Idąc za chłopcem postawił stopę na dziwnej powierzchni. Pod sandałem poczuł iż była twarda i równa. Niepewnie ruszył dalej.

Zdrowie emocjonalne i mentalne

Nie trzymaj się żadnego konceptu

Nawet tego najpiękniejszego

Pozostań bezkształtny

To jest Twoje istnienie, Twoje prawdziwe zdrowie

Nie czekaj. Nie wychodź. Nie wchodź.

Ani w środku, ani na zewnątrz

To są tylko odniesienia.

Zostaw konceptualizację.

Jeśli jest poczucie wewnętrznego ścisku.

Albo uczucie niepokoju.

To są tylko odczuwane zjawiska.

Nie są opisem Ciebie.

Śri Mooji Baba

Niech te słowa współczesnego nauczyciela non-duality (advaita-vedanty) stanowią wyższy kontekst dla treści niniejszego wpisu.

Każdy zna huśtawki emocjonalne, stany obniżonego nastroju, poczucie zagubienia, niepokoju czy nawet depresji. Momenty w których porywają nas emocje i mówimy komuś to czego normalnie byśmy nie powiedzieli. Chwile słabości i kierowania się niskimi pobudkami, których potem często żałujemy.

Poznanie nauk o niedualnej naturze rzeczywistości, a nawet ich praktyczne zgłębienie nie oznacza od razu uwolnienia się od w/w spraw.

Nasza wewnętrzna przestrzeń, ta w której rodzą się nasze rozmaite reakcje i stany ducha to bardzo złożona przestrzeń. Na to jaka jest, wpływ mają nasze myśli, przekonania, uczucia, emocje i stan ciała fizycznego – sam z siebie jak i będący reakcją na okoliczności zewnętrzne (np. pogoda).

W tzw. teorii systemów, nauce o złożonych systemach wszelkiego typu, np. biologicznych również, istnieje pojęcie homeostazy. Homeostaza do zdolność danego systemu do utrzymania względnie stałych parametrów za pomocą zjawiska samoregulacji.

Można powiedzieć zatem, że nasz typowy stan ducha to nasz stan homeostazy. Z niego działamy, z niego wynikają nasze reakcje. To jaka ta homeostaza jest zależy od stanu naszej świadomości, emocji, uczuć i ciała fizycznego. Np. jeśli jesteśmy standardowo pogodni, otwarci, przyjaźni i spokojni to jest to nasza homeostaza.

Różne sytuacje życiowe powodują, że ta homeostaza jest naruszana. Sytuacje takie uruchamiają np. w nas emocje, te nas porywają i wdajemy się w jakąś zupełnie przed chwilą nie do pomyślenia dyskusję, często wzburzeni. Potem często musi minąć trochę czasu na powrót do poprzedniego zrównoważonego stanu homeostazy. Sprawę komplikuje też fakt, że nie mamy jednego stanu homeostazy zazwyczaj. Mamy jakby kilka stanów ducha do których wracamy. Do niektórych częściej, do innych od czasu do czasu.

Jeśli weźmiemy kostkę do gry, sześciościenną, to możemy powiedzieć, że rzucając ją, wpadnie ona w jeden z sześciu stanów. Jedno oczko na górze, dwa, trzy itd. W sumie sześć możliwości.

Czy nie jest tak, że czasem czujemy się jak kostka do gry, rzucana przez życie przeróżnymi sytuacjami i nosimy się tylko z nadzieją, że jak skończymy się turlać to na górze będzie np. szóstka, nasza ulubiona bo czujemy się wtedy „dobrze”?

Czy jest możliwa zmiana homeostazy naszej wewnętrznej przestrzeni? Czy jest możliwe byśmy niezależnie od okoliczności wracali zawsze do jednego, optymalnego stanu? Czy taki stan jest możliwy i czym miałby być?

Matematycy opracowali bryłę geometryczną która ma jedną pozycję stabilności. Czyli w uproszczeniu homeostazy. Nieważne jak się poturla to zawsze na koniec ustabilizuje się w tym samym położeniu. Zawsze. Nazywa się Gömböc. Nieważne jak ją poturlamy, ustawimy, zawsze wróci do jednego stabilnego ustawienia.

Jednym ze stałych czynników naszego ludzkiego doświadczania jest nieustanna zmiana. Zatem może nie ma czegoś takiego jak wewnętrzny Gömböc? Zmieniają się wszak nasze poglądy, odkrywamy nowe emocje, uczucia, perspektywy. Widzimy wokół coś czego nie widzieliśmy wczoraj. Zmienia się nasze ciało. Czy to rozwija od dziecka czy starzeje z wiekiem. Nieustanna zmiana.

Uwzględniając powyższe, z biegiem czasu przestałem szukać mitycznego jednego wewnętrznego stanu, jednego Gömböca. Zrozumiałem bowiem, że nieustannie zmieniając się, poszerzam niejako swój wewnętrzny świat. Wychodzę poza strefę komfortu – czy to intencjonalnie czy z powodu okoliczności życiowych. Skoro wychodzę poza znane mi doświadczenia, to jest naturalne, że moje własne mechanizmy samoregulacji będą w tym nowym „mnie” poszukiwać nowej homeostazy. Nowego punktu stabilności. Bazy. Odniesienia. A okres tego poszukiwania może być lekko niestabilny.

Stwierdziłem zatem, że zamiast poszukiwać jakiegoś trwałego „dobrze mi ze sobą” nauczę się wspierać siebie, swój umysł, swoje serce, swoje ciało w sprawnym odnajdywaniu nowego stanu homeostazy wraz z postępującymi nieustannie zmianami.

Teraz, gdy nachodzi mnie poczucie niepokoju, czy huśtawka emocjonalna, czy obniżenie nastroju cieszę się jak dziecko. Bo wiem, że znów poszerzyłem swój wewnętrzny świat a zatem mój wewnętrzny świat musi na nowo odnaleźć swój punkt stabilności, mając nowe możliwości jakich nie miał wcześniej.

Wcześniej reagowałem inaczej. Ojej, znów huśtawka. Znów kiepski nastrój. Znów pustka. Znów niepokój…. Co znów zrobiłem źle? Jaki to ma sens? Czy to się kiedyś skończy?

Odkąd zmieniłem podejście i odkryłem metody wspierania siebie w odnalezieniu się w nowym, te epizody poszukiwania „nowego” są krótkie i nawet ciekawe. Same w sobie edukacyjne.

W gruncie rzeczy to jest bardzo racjonalne. Jeśli coś się w nas istotnie zmienia w świadomości, sposobie myślenia, to musi to za sobą pociągnąć reakcje serca, reakcje ciała. I w innej kolejności również. Skoro zatem sytuacja jest nowa to jak w niej ma się pojawić zdrowy punkt równowagi? Musi on być odnaleziony. Nie pojawi się ot tak znienacka. Zatem chwilę trwa nim Gömböc się ustabilizuje. Z czasem to staje się coraz bardziej zabawne i radosne. Po prostu coś zupełnie nowego co jakiś czas.

Nieznany potencjał ciała fizycznego

Joga jako droga samopoznania to nie tylko poznanie filozoficzne. To również poznanie emocjonalne, uczuciowe. Ale i również poznanie naszej fizyczności. Z ubolewaniem stwierdzam, że ten ostatni aspekt tradycji duchowych jest najmniej znany w dzisiejszych czasach. Duchowość przez ostatnie stulecia, szczególnie w kulturze zachodniej stała się filozoficzno-etyczna. Mówi jak jest teoretycznie dobrze ale nie ma pojęcia jak do tego „dobrze” dojść.

Uważam, że jesteśmy istotami duchowymi. Nie argumentuje tego nawet filozoficznie. To po prostu jest wpisane w naszą biologię. To wiedzieli starożytni mędrcy, to wiedzą szamani. Nasza biologia wspiera nasz duchowy wzrost. Jeśli wiemy, że to robi i jak to robi to jest dużo łatwiej. I to są również elementy jogi:

  • wykorzystanie naturalnych potencjałów organizmu by wesprzeć różne procesy samoleczenia z trudności napotkanych po drodze,
  • wykorzystać te same predyspozycje organizmu do rozszerzenia naszej świadomości znacząco po za to co zachodnia kultura uznaje za możliwe.

Na co dzień mało się przejmujemy naszym organizmem. Ot nakarmić i umyć. Odnosimy się czasem do mózgu, do serca. I do żołądka jak boli bo coś nie tak było z pokarmem. Ale dalej to dopiero jak cos się naprawdę psuje i lekarz mówi nam, że „oj tarczyca w kiepskim stanie”.

Droga jogina jest inna. Joga pozwala poznać znaczenie wielu różnych wewnętrznych organów, ich wpływ na homeostazę organizmu, na świadomość oraz za pomocą odpowiednich praktyk wpłynąć na uleczenie organu i wykorzystanie jego potencjału do znaczącego poszerzania swych możliwości.

Weźmy np. ciało migdałowate. Mało kto wie, że w ogóle jest. A jest w głowie, w centralnej części mózgu, stanowi część układu limbicznego. Jeśli już ktoś wie o ciele migdałowatym to zna to zazwyczaj pod hasłem „odpaliły mi ciała migdałowate”. Mówiąc inaczej – wnerwiłem się, wybuchłem gniewem i dałem komuś do wiwatu. Sprawa jest jednak znacznie bardziej złożona oraz co istotne, pozytywna.

Na potrzeby samorozwoju nie trzeba oczywiście wnikać w pełną biologię i nauki pokrewne. Wystarczy pewne pojęcie. Otóż ciało migdałowate zbiera impulsy z całego organizmu. Wszelkie. I przetwarza je nadając im pewien „ton”. Stanowi swego rodzaju „filtr”. To ten filtr sprawa, że w jednej i tej samej sytuacji możemy być nastawieni otwarcie i pokojowo lub agresywnie i zamknięci. Np. z powodu sytuacji na drodze przed spotkaniem, na które dojechaliśmy. Dla uproszczenia można powiedzieć, że ciało migdałowate ma dwie bramy którymi wpuszcza impulsy z organizmu i tworzy z tego w umyśle pewien obraz sytuacji. Bramę różnicowania i bramę jedności. To jaka brama jest aktywna wpływa na to jak będziemy się czuć i jak zachowywać. Jak reagować. Jak myśleć.

Łatwo się domyśleć, że dla większości z nas domyślnie jest to brama różnicowania i zazwyczaj na niej nieustannie działamy. Brama ta uruchamia mechanizmy dualizmu, polaryzacji, rozróżniania co miłe, co nie miłe. Co obce a co swojskie. Co przyjazne a co wrogie. Ona sama w sobie oczywiście nie jest zła. Przydaje się. Problemem jest po prostu nieustanne z niej korzystanie. Bo korzystanie z tej bramy stymuluje nasza współczesna kultura. Konsumpcjonizm. Materializm. Ekonomia. Osądzanie. Celebrytyzm. Hierarchie etc.

W przypadku gdy ciało migdałowate przełącza się na bramę jedności zaczynamy zachowywać się inaczej. Pokojowo. Otwarcie. W zaufaniu i bezkonfliktowości. Kompromisowo. Biorąc spokojnie pod uwagę inne punkty widzenia. W jedności.

I teraz co ma do tego joga? Otóż praktyka jogi to między innymi odkrycie, że mamy wpływ na to jaką np. bramą ciała migdałowatego operujemy. Po prostu. Świadomym aktem woli. Wymaga to nieco praktyki ale jest osiągalne dla każdego.

W jednym z wpisów podałem, że w praktyce medytacji warto unosić zamknięte oczy, wyrażające uśmiech, kierować spojrzenie w stronę punktu na czole. I wizualizować światło w tym miejscu gdzie hindusi malują na czole kropkę. Jeśli dodamy do tego poczucie ruchu energii z centrum głowy do przodu, tak jakbyśmy chcieli się przesunąć w głowie do przodu, to uruchamiamy proces przełączania bramy ciała migdałowatego. Z różnicowania na jedność. Brama różnicowania jest z tyłu ciała migdałowatego, jedności z przodu. Taka postawa uruchamia zmiany w funkcjonowaniu ciała migdałowatego oraz wprowadza więcej energii do kory nowej mózgu wyciszając nieco bardziej prymitywny mózg gadzi i aktywując wyższe funkcje poznawcze. Wspomaga to wyjście z paradygmatu walka-ucieczka-przetrwanie do paradygmatu bezpieczeństwa-jedności-pokoju.

Wydaje się to może na początek skomplikowane ale to tylko dlatego, że tego nie robimy na co dzień. Z niewielką praktyką, staje się to naturalnym ruchem, jak poprawianie grzywki na czole, gdy spada na oczy i zasłania widok. W sytuacji gdy czujemy, że ciało migdałowate zaczyna działać w trybie walki prosty ruch wewnątrz i sprawa się rozwiązuje. Oczywiście są sytuacje gdy warto zdać się na ciało migdałowate w trybie przetrwania. Np. gdy goni nas wilk w lesie. No ale jak często ganiają nas wilki w lesie a jak często po prostu chcemy dogadać się z innymi ludźmi?

Z biegiem czasu okazuje się też, że nie trzeba tego nawet już kontrolować. Bo zmienia się nasza homeostaza. W toku dosyć trudnego rozwoju osobistego w naszym społeczeństwie wymuszony na nas Gömböc uwzględnia, że działamy z dualistyczno-separacyjnej bramy ciała migdałowatego. Gdy włożymy w to trochę aktywnego wysiłku, to właśnie niedualna jednocząca brama ciała migdałowatego staje się trwałym elementem naszego Gömböca, a chwilowe aktywacje dualnego postrzegania pojawiają się wtedy gdy to jest chwilowo potrzebne.

To co opisałem powyżej to tylko jeden z przykładów tego czym w istocie jest pełna joga. Samopoznanie. I jaki potencjał jest w nas. Mówiąc w nas mam na myśli również w naszych organizmach. Jest w nas wiele ważnych organów, których wpływ ma istotne znaczenie na nasze zdrowie emocjonalne, mentalne i fizyczne. Jak z tego korzystać?

Narzędzia jogina

By w pełni uruchomić samoleczniczy potencjał naszego ciała warto by mieć do dyspozycji narzędzia łączące wszystko to na co składa się nasza wewnętrzna przestrzeń. Koncepcje. Abstrakcje. Myślenie. Uczucia. Emocje. Relacje. Fizyczność.

Przykładowo. Wyrażanie własnego zdania. Każdy zapewne zna, albo większość, wrażenie uścisku w gardle gdy czujemy że coś chcemy powiedzieć ale nie chce to nam przejść przez gardło. Albo gdy głos się nam łamie gdy mówimy coś niezwykle dla nas ważnego ale czujemy trudność w wyrażeniu tego.

W tym prostym przykładzie znaczenie na to co się dzieje w gardle ma wiele elementów: nasz pogląd, wpojone moralne zasady, konwenanse, zdolność przeżywania i wyrażania emocji. Nasze uczucia względem siebie i otoczenia oraz co istotne – fizyczne organy. Stan zdrowia i sprawność tarczycy a za nią, ośrodkowego układu nerwowego, na którego funkcjonowania mają wpływ jej hormony.

Przydałoby się zatem mieć jedno narzędzie które odpowiada takiej wybranej – np. gardłowej – grupie zjawisk. Poglądowi co do prawa do wyrażania siebie bez obaw o to co pomyślą inni. Swobody ekspresji emocji związanych z tym co mówimy i stabilności uczuć jakie nosimy. I kontroli stanu hormonów mających wpływ na ośrodkowy układ nerwowy. I jednocześnie mieć takie narzędzie którym nie zrobimy sobie krzywdy. I jeszcze by to narzędzie nas nie ograniczało w możliwości dalszego rozwoju tego aspektu.

Takie narzędzia istnieją. Zostały wynalezione, że tak to nazwę, przez starożytnych mędrców na których mówimy Riszi. Zostały one opisane w literaturze wedyjskiej, w Upaniszadach. Tymi narzędziami są czakry. Pojęcie analogiczne do wedyjskiego systemu czakr stosują też oczywiście niektóre tradycje szamańskie.

Czakry obejmują wiele  aspektów naszej wewnętrznej przestrzeni – mentalne, emocjonalne, uczuciowe, fizyczne ale i duchowe, wyższe, transcendentne. Do tego dobór czakr – jakie są, obejmuje ścieżkę rozwoju człowieka od świadomości pre-personalnej, poprzez personalną do trans-personalnej. Obejmuje też relacje do siebie, relacje do społeczeństwa, do świata oraz wyższego Ducha. Obejmuje przestrzeń podświadomości, świadomości i nadświadomości. Percepcji logicznej i irracjonalnej. Czakry obejmują nawet pojęcia z dziedziny psychoanalizy C.G. Junga jak i bardziej współczesnych odkryć.

Dobór czakr, kolejność pracy z nimi, ma swoje głębokie uzasadnienie. Np. wracając do tematu gardła. I  czakry gardła. I wyrażania własnych poglądów. Zanim zaczniemy je wyrażać warto sprawdzić, które są nasze, a które są wdrukowanymi nam schematami  np. naszych rodziców. Nie są zatem naszą energią. Prawda? Dlatego zanim się zacznie uzdrawiać czakrę gardła warto uzdrowić czakrę solar-plexus, a jeszcze wcześniej sakralną etc. Bo może nasza wewnętrzna istota blokuje nam czakrę gardła bo intuicyjnie nie chce byśmy wyrażali to co w nas jest obce? A przy okazji niejako blokuje wszystko? Wszystko zatem w tematyce pracy z czakrami ma swój określony uzasadniony porządek i znaczenie.

Podkreślam – to jest narzędzie. Nie trzeba z niego korzystać by osiągnąć samoleczenie i rozwój własnej świadomości i zdolności. Można korzystać z czego innego. Można się urodzić geniuszem duchowym, który po prostu wszystko intuicyjnie potrafi. Można. Mnie się nie poszczęściło aż tak i geniuszem duchowym się nie urodziłem. A narzędzia nauki zachodniej, które poznałem okazały się zbyt wybrakowane. Ciągle są niedoskonałe. Owszem, przydatne w wielu sprawach skrajnych. Jak rzeczywiście chorujemy. Jak mamy wypadek. Ale do tego by sprawnie uleczyć się wewnętrznie i rozwinąć w sobie wyższe poziomy świadomości w naturalny sposób, współczesna zachodnia nauka jeszcze wiele musi odkryć. Już to odkrywa. Jest coraz więcej znakomitych naukowców, którzy badają te obszary. Ale jeszcze wiele przed nią.

Oczywiście czakry to nie jedyne narzędzia jogina. Ale na początek są wystarczające. W następnych wpisach zaprezentuje różne znane mi systemy czakr oraz podstawowe zasady ich wykorzystania w procesie samoleczenia i rozwoju. Tym wpisem chciałem ustanowić pewien kontekst zrozumienia czym są czakry wedle tradycyjnych nauk duchowych oraz połączyć je z bardziej współczesną wiedzą.

Warto też podkreślić jedno. Co wiem z własnego doświadczenia. Czasem okoliczności życiowe albo po prostu pewnego rodzaju wgląd duchowy, spowoduje spontaniczną zmianę naszej homeostazy. Taki etap radosnego neofity. Będziemy radośni, otwarci, wszystko będzie oczywiste i łatwe. To może potrwać dni, tygodnie, miesiące. Wiedza będzie nam w tym czasie zbędna. Praktyka medytacji również będzie się wydawać nieistotna. Jednakże, życie to nieustanna zmiana. Takie etapy kiedyś się kończą. I wtedy przychodzi czas wątpliwości. Dlatego polecam drogę samopoznania. Bo samopoznanie, nie tylko naszej niedualnej natury Jaźni ale również spraw naszej energetycznej i fizycznej manifestacji, może nam się przydać. By odnaleźć się w pokoju i radości zawsze, niezależnie od okoliczności. Swój najbardziej radosny okres w życiu jaki miałem wykorzystałem by nieustannie się samo poznawać, wchodzić w to co wydawało się trudne, otwierać nowe furtki. Konsekwentnie stosować nauki moich nauczycieli i ich mądrość zrodzoną z wielowiekowych doświadczeń. I nie żałuję. Podkreślam to bo wiem, że to ważne by taki okres też do tego wykorzystać. W poprzednich analogicznych takich okresach tego nie wykorzystałem, a mogłem.

Doskonałego Gömböca w sobie wszystkim życzę!